Zwykle, gdy w przestrzeni medialnej ukazuje się informacja dotycząca krzywdy w Kościele, automatycznie pojawiają się komentarze, w których niektórzy ludzie twierdzą, że to atak na Kościół, zdrada wspólnoty czy działania sterowane (i finansowane) przez różne siły. Jeszcze inni z powodu różnych mechanizmów obronnych automatycznie i z założenia uznają, że to nie mogła być prawda.

Warto się zatrzymać i zapytać: czy mówienie o krzywdzie rzeczywiście jest atakiem?
Kiedy dzieje się zło, konieczna jest reakcja. Wielokrotnie potrzeba kogoś, kto stanie w obronie krzywdzonych, zdemaskuje mechanizmy sprzyjające nadużyciom, pomoże zgłosić sprawę (lub sam ją zgłosi) i jeśli będzie tego wymagało dobro wspólne – niekiedy ujawni to także publicznie. Obojętność i milczenie mogą być zaniedbaniem. W każdej wspólnocie – również w Kościele – może dojść do nadużyć władzy, przestępstw, manipulacji, czy do przemocy. Zły czyn konkretnych ludzi nie jest wyrazem słabości doktryny Kościoła ani dowodem na fałszywość Ewangelii (choć zrozumiałe jest, że niektóre osoby skrzywdzone w pewnym momencie mogą utożsamiać Boga i Kościół z działaniem sprawcy).
Milczenie o krzywdzie, zwłaszcza gdy sprawcą była osoba duchowna czy konsekrowana, nie jest formą wierności Kościołowi, lecz raczej przyzwoleniem na dalszą przemoc. Brak działania może stać się przykładaniem ręki do tworzenia struktur grzechu. Przy czym zdecydowanie należy wyłączyć z tego kręgu osoby skrzywdzone, ponieważ one z różnych powodów mogą nie mieć możliwości bezpiecznego zgłoszenia krzywdy, a ochrona innych osób nie jest ich odpowiedzialnością. Nakładanie na nie kolejnego ciężaru i generowanie poczucia winy byłoby raniące.
Jan Paweł II w Reconciliatio et paenitentia pisał: „Otóż Kościół, gdy mówi o sytuacjach grzechu lub go piętnuje, (…) wie i głosi, że takie wypadki grzechu społecznego są jednocześnie owocem, nagromadzeniem i zbiorem wielu grzechów osobistych. Chodzi o grzechy najbardziej osobiste: tego, kto powoduje lub popiera nieprawość albo też czerpie z niej korzyści; tego, kto mogąc uczynić coś dla uniknięcia lub usunięcia czy przynajmniej ograniczenia pewnych form zła społecznego, nie czyni tego z lenistwa, z lęku czy też w wyniku zmowy milczenia lub zamaskowanego udziału w złu, albo z obojętności; tego, kto zasłania się twierdzeniem o niemożności zmiany świata; i również tego, kto usiłuje wymówić się od trudu czy ofiary, podając różne racje wyższego rzędu. Prawdziwie odpowiedzialne są więc osoby” (nr 16).
To długi cytat, warto go przytoczyć, aby zrobić sobie rachunek sumienia z troski o bezpieczeństwo wspólnot, grup, parafii i innych środowisk wewnątrz Kościoła, w których jesteśmy. Może cenne będą pytania o własny zakres odpowiedzialności, o swoje zaniedbania, postawę lenistwa czy lęku, o przekonania dotyczące tego, że „nic się nie da zmienić”, „zawsze tak było” itp. To my tworzymy Kościół, mamy wpływ na to, jak on wygląda.
Podobnym motywem rachunku sumienia mogą być słowa papieża Franciszka ze wstępu do Vos estis lux mundi, gdzie pisał: „Aby takie zjawiska, w jakichkolwiek formach, nie miały więcej miejsca, potrzebne jest nieustanne i głębokie nawrócenie serc, potwierdzone konkretnymi i skutecznymi działaniami, które angażowałyby wszystkich w Kościele, tak aby osobista świętość i zaangażowanie moralne mogły przyczynić się do krzewienia pełnej wiarygodności przepowiadania ewangelicznego i skuteczności misji Kościoła”.
Ponadto w tym samym dokumencie znajduje się zapis, że: „Każdy, w szczególności wierni świeccy, którzy sprawują urzędy lub posługę w Kościele, może złożyć zawiadomienie (…)”.
Jeśli, dowiadując się o kolejnych krzywdach w Kościele, rodzi się w nas opór, sprzeciw, podejrzliwość i zaprzeczenie, to warto przyjrzeć się powodom, dla których tak się dzieje. Z ciekawością poszukać źródeł swoich przekonań i zweryfikować je z Ewangelią i nauczaniem Kościoła, odkrywając że ujawnianie prawdy jest drogą do wolności i oczyszczenia.