STRONA GŁÓWNA / CZYTELNIA / KS. GRZEGORZ STRZELCZYK: KOŚCIÓŁ, KTÓRY POTRAFI RANIĆ, PRÓBUJE TEŻ MÓWIĆ: „POSTARAMY SIĘ POMÓC”
| Dla każdego

Ks. Grzegorz Strzelczyk: Kościół, który potrafi ranić, próbuje też mówić: „postaramy się pomóc”



Paradoks tożsamości Kościoła polega na tym, że pszenica i chwast są w nim splątane aż do żniwa na końcu czasów. Zatem ten sam Kościół, który potrafi ranić, próbuje też mówić: „widzimy Twój ból, przyjdź, postaramy się pomóc”.


Kościół – paradoksalna wspólnota

Kościół katolicki nie jest jeszcze pełnią Królestwa Bożego, które Jezus zapowiedział. Ona nastąpi dopiero wraz z Jego powtórnym przyjściem na końcu czasów. Póki co Królestwo w Kościele raczej się zjawia na sposób zadatku lub zaczynu: przez słowo Boże, sakramenty oraz wszędzie tam, gdzie przynoszą one owoce miłości w życiu czy to wspólnot, czy to pojedynczych wierzących. Ilekroć Kościół o tym zapomina – a zapominać może zarówno w teologii, jak i w stanowieniu wewnątrzkościelnego prawa oraz w podejściu do duszpasterstwa i życia wspólnot – wystawia się na dramatyczne niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest niezdolność do realistycznego postrzegania zła wyrządzanego przez wierzących albo przekładającego się na nieprawe zwyczaje lub struktury. To z kolei prowadzić może do lekceważenia, ignorowania lub pomniejszania krzywdy tych, którzy takim złem zostali dotknięci. Jeśli dziś mierzymy się w Kościele w Polsce z takimi bolesnymi doświadczeniami wielu osób, to także dlatego, że gdzieś pod spodem, w mentalności wielu duchownych i świeckich, leży wspomniany błąd w rozumieniu natury wspólnoty uczniów Chrystusa.

Tymczasem chrześcijańska teologia właściwie od początku refleksji nad tożsamością dostrzegała Kościół, opisywała go jako rzeczywistość niejednoznaczną, paradoksalną: z jednej strony zakorzenioną w działaniu Boga i je komunikującą, a jednocześnie jako ludzką społeczność złożoną z usprawiedliwionych grzeszników, w których wciąż niestety grzech nie tylko może, ale faktycznie się pojawia. Społeczność uwikłaną w bardzo ludzką historię uwarunkowań kulturowych, relacji do władzy, przyzwyczajeń i nie zawsze ewangelicznych struktur. Próbę wyrażenia tego podwójnego charakteru znajdujemy już w jednym z najstarszych pism Nowego Testamentu: w Pierwszym Liście do Koryntian. Św. Paweł, reagując zresztą na nieprawidłowości (!) w posługiwaniu charyzmatami we wspólnocie korynckiej, posługuje się metaforą ciała, w którym Chrystus jest głową, a wierzący – członkami. Wśród nich znajdują się też „mało godne czci”… Z tej metafory – choć nie tylko – rozwinęła się z czasem refleksja o bosko-ludzkim charakterze Kościoła. Bez uchwycenia tego paradoksu nie da się zrozumieć albo wyjaśnić innego, który dziś dla wielu jest doświadczeniem granicznym: w Kościele Chrystusa można doznać realnego dobra, ale można też zostać głęboko zranionym.

Krzywda była, jest i…

To nie jest nowe doświadczenie. Już pierwotne wspólnoty chrześcijańskie nie były przestrzeniami idealnymi. Listy Pawła pokazują Kościół jako wspólnotę nowego życia, ale też jako miejsce sporów, rywalizacji, nadużyć autorytetu… Jednocześnie ten sam Paweł nie ma wątpliwości, że właśnie w tej kruchej i konfliktowej rzeczywistości działa Duch Święty. Podobny realizm odnajdujemy w nieco później napisanych Ewangeliach, które opowiadają o Jezusie, który nie tworzył wspólnoty z osób moralnie doskonałych, lecz gromadził ludzi zdolnych zarówno do wierności, jak i zdrady. Kościół zrodził się także poprzez doświadczenia zdrady, opuszczenia Jezusa, lękliwego ukrywania się. Jeśli miał stać się wspólnotą wiarygodnie głoszącą zbawienie, to sami głosiciele musieli przeżyć to, że Bóg miłosiernie pochylił się nad ich słabością i ich osobiście podniósł z grzechu.

Z punktu widzenia wiarygodności Kościoła zapewne dobrze by było, żeby ów dramat niewierności i powrotu dokonał się w raz na zawsze w pierwszej wspólnocie, a potem – po zesłaniu Ducha Świętego – już wszystko było dobrze. Jednak tak być nie może, bo każdy członek Kościoła staje wobec Boga i ludzi w pełnej wolności. Obejmuje ona też – niestety – możliwość czynienia zła. Także zła o potwornych skutkach – takiego jak wykorzystanie seksualne osób nieletnich czy bezbronnych. W konsekwencji, jakkolwiek niepokojąco by to nie zabrzmiało, nigdy nie będziemy mieli stuprocentowej gwarancji, że w Kościele ktoś kogoś nie skrzywdzi. Ta świadomość przekładać się jednak powinna nie tyle na lęk, ile na świadome i szeroko zakrojone działania zapobiegawcze oraz na jak najskuteczniejszą pomoc skrzywdzonym.

Czy Kościół to księża?

Systemowe działania zapobiegawcze są tym istotniejsze, że wiele patologii w Kościele nie wynika wyłącznie ze złej woli poszczególnych osób, lecz z utrwalonych schematów myślenia o Kościele. Jednym z nich jest potoczne utożsamianie Kościoła z duchownymi. Gdy „dobro Kościoła” zaczyna znaczyć de facto „dobro kleru”, ofiary przemocy zostają wypchnięte poza pole widzenia. Utożsamianie Kościoła z klerem to coś o wiele poważniejszego, niż tylko błąd terminologiczny. To po prostu fałszywa teologia, która prowadzi do fałszywej świadomości członków Kościoła oraz realnie wpływa na decyzje i procedury kościelne.

Z tym wiąże się równie fałszywe pojmowanie świętości Kościoła. Jeśli świętość rozumie się jako moralną nieskazitelność instytucji lub jej reprezentantów, każda krytyka jawi się jako „atak na Kościół”. W takiej logice może się wydawać, że najwyższym dobrem jest nie tyle ochrona osób, które są członkami wspólnoty, ale ochrona Kościoła, czyli wizerunku instytucji. Tymczasem zdrowa teologia świętość w Kościele wiąże z działającym w nim Bogiem, a jedynie wtórnie z owocami przynoszonymi przez ludzi. Ci bowiem stale potrzebują nawrócenia i oczyszczenia. Ignorując to, można zaniechać np. poddawania struktur kościelnych osądowi Ewangelii.

Lekarstwem pozostaje Chrystus

Im bardziej jednak w ludziach Kościoła żywa jest świadomość wspomnianych wyżej problemów, tym większe są szanse, że zaczną być w nim organizowane czy to oddolne, czy to wspierane lub zarządzane systemowo działania prewencyjne i pomocowe. Tam, gdzie jedni ranią, inni widzą ból zranionych. Paradoks tożsamości Kościoła polega na tym, że pszenica i chwast są w nim splątane aż do żniwa na końcu czasów. Zatem ten sam Kościół, który potrafi ranić, próbuje też mówić: „widzimy Twój ból, przyjdź, postaramy się pomóc”. „Pomóż nam zrozumieć, gdzie popełniono błędy, jak można uczynić nasze wspólnoty bezpieczniejszymi”. I ze strony tych, co starają się pomagać, to nie jest hipokryzja. Tak trzeba, bo ludzie cierpią. Tak trzeba, bo Jezus wezwał nas do troski o najsłabszych. Tak trzeba.

Kiedy się doświadczyło, że Kościół bywa miejscem, w którym można doznać krzywdy, w którym lekceważy się cierpienie albo wręcz mu zaprzecza, w którym działają nieewangeliczne mechanizmy ochrony władzy, to nie jest łatwo wierzyć, że jest on przestrzenią działania Bożej bliskości. Wiara mimo tego doświadczenia, a czasem i wiara na przekór temu doświadczeniu, jest jednak możliwa. I świadectwo o tym jest – prócz bezpośredniej pomocy – jednym z głównych zadań osób działających na rzecz skrzywdzonych w Kościele. Lekarstwem na niektóre rany pozostaje Chrystus.

Świadomość bosko-ludzkiego charakteru Kościoła przekładać się może zatem na zradykalizowane poczucie odpowiedzialności. Skoro grzech nie jest wyjątkiem, lecz stałym ryzykiem każdego wierzącego, jedyną uczciwą drogą pozostaje krytyczna czujność wobec siebie samego oraz wobec wspólnoty Kościoła, tworzonych w niej zwyczajów, praw, instytucji.